Pokazywanie postów oznaczonych etykietą warte śmiechu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą warte śmiechu. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 listopada 2010

Zło kryło się w aikido ...


Dzisiejszy post jest pozbawiony fotografii ale za to dość obfity w tekst.
W 2005 roku miałem możliwość przeczytania poniższego artykułu w gazecie p.t.: "Miłujcie się". Gazeta trafiła w moje ręce ze względu na artykuł dotyczący aikido. W tamtym czasie trenowałem już 5 lat. Gazetę przyniosła mi moja dziewczyna (obecnie żona) od swojej babci, która otrzymała ją w parafii. Śmiałem się, że po tym artykule babcia zabroni mi się z nią spotykać haha. Dlaczego? Przeczytajcie sami ...


Miłujcie się! 5/2003 » Temat numeru »

Zło kryło się w aikido


autor: świadectwo




"Dziś mam dwadzieścia osiem lat. Jedenaście lat temu, jako uczeń trzeciej klasy liceum rozpocząłem uprawianie sztuk walki. Zacząłem od karate, ale moją prawdziwą fascynacją już wcześniej było aikido. Wkrótce też zacząłem je uprawiać.
Aikido okazało się miłością mojego życia. Szybko robiłem postępy. Po dwóch latach zostałem instruktorem, co się rzadko zdarza, bo to bardzo trudna dyscyplina. Wkrótce zostałem zaliczony do tzw. uchi – deshi, czyli bezpośrednich uczniów mistrza. Trenowałem przez sześć dni w tygodniu, po trzy – cztery godziny dziennie. O 5:30
pierwszy trening z mistrzem, od 18 do 20 trening z moimi uczniami i późnym wieczorem ostatni trening dla grupy zaawansowanej w mojej sekcji. Kierunek studiów (archeologia) wybrałem taki a nie inny, bo w informatorze o studiach uniwersyteckich był to pierwszy alfabetycznie kierunek o tak małej ilości zajęć w tygodniu. Wówczas miałem opracowany cały scenariusz życia rozpisany na kolejne lata. Za dwa – trzy lata pierwszy dan, po trzech następnych drugi, a wtedy moja pierwsza, własna szkoła aikido, za kilka lat następna. I tak dalej. Brałem udział w sesjach treningowych z mistrzami japońskimi w kilku krajach europejskich, bo oni w końcu byli dla mnie największymi autorytetami.
Pewnego dnia do mojej sekcji przyszedł list od człowieka, który w Polsce dwadzieścia lat temu zainicjował tę dyscyplinę. Zrezygnował z aikido ze względu na silny kryzys związany z niemożnością pogodzenia wiary w Jezusa z ideologią wschodnich sztuk walki. Ten list był bardzo intymnym świadectwem i wywarł na mnie silne wrażenie. Pozostało także pytanie o podstawę jego decyzji. Wydawało mi się, że jedno z drugim nie ma związku.
Moim kolegą, także instruktorem z długim stażem, był chłopak, który uczestniczył w spotkaniach modlitewnych Odnowy Charyzmatycznej. Nagle przestał przychodzić na treningi. Po dłuższym czasie spotkałem go przypadkiem na ulicy i zapytałem o powód jego nieobecności. Odpowiedział mi, że na treningach przed i po medytacji kłania się wizerunkowi nieżyjącego już mistrza Ueshiby, założyciela aikido. W kościele robi to samo przed tabernakulum. Ten sam czyn, ale jego podmiot jest inny. W końcu musiał zdecydować, co wybrać i wybrał Jezusa. To również zlekceważyłem, widząc w tym zbyt głęboką interpretację. Wątpliwości wynikłe z tych zdarzeń narastały we mnie, zwłaszcza, że nagle zacząłem dostrzegać różnego rodzaju patologie wynikłe z uprawiania aikido u moich uczniów: nadpobudliwość, agresję, jakąś pogardę dla innych; to wszystko u ludzi zajmujących się sztuką walki tak finezyjną i, co najważniejsze, uważaną za najbardziej defensywną i łagodną wśród wschodnich sztuk walki. Kiedyś czytałem przypadkiem Pismo Święte i natrafiłem na fragment mówiący, że nie wolno kłaniać się obcym bogom. Ten jeden wers wrył mi się w umysł jak drzazga. Byłem jednak tak zaangażowany, że nie mogłem po prostu zrezygnować, zrezygnować z całego życia, które zbudowałem na aikido. Ale wątpliwości były i nie dawały mi spokoju, zwłaszcza cała „liturgia” związana z treningiem – ukłony, medytacja, adoracja mistrzów i białej broni (trenowałem także sztukę miecza – iaido). Pewnego dnia, zapewne nie do końca świadomie, powiedziałem Bogu, że jeżeli w tym, co robię jest coś złego, to niech się o tym przekonam. Ale niech się przekonam tak do końca, żeby nigdy w życiu później nie mieć wątpliwości, czy moja decyzja rezygnacji była słuszna w końcu miałbym zacząć życie od początku. Wkrótce miałem pożałować tej prośby.
Treningi zaczynały się i kończyły medytacją, w której chodzi o uzyskanie
kontroli nad ki. Ki to bezosobowa energia Uniwersum, dająca początek i koniec wszystkim zjawiskom i istotom żywym w kosmosie. W każdej sztuce walki ćwiczenia fizyczne to tylko środek do uchwycenia kontaktu z tą mocą na etapie początkowym i później manipulowania nią. W trakcie codziennych medytacji doświadczyłem po dwóch latach czegoś na kształt stanu niebytu. To, o czym piszę może brzmieć niewiarygodnie. Przypuszczam, że gdybym to ja słuchał takiej opowieści, sam jej nie przeżywszy, to bym prawdopodobnie w nią nie uwierzył.
W przestrzeni duchowej, którą osiągałem, spotkałem istoty duchowe pełne, a raczej coś, co określiłbym jako osobową obecność kogoś, nie doświadczalną inaczej niż przez duchowy kontakt transcendentalny. To zjawisko, fascynujące jak nic innego na świecie, powtarzało się za każdym razem w trakcie medytacji. Jednocześnie wraz z tą osobową obecnością we mnie, uruchomiły się jakby dary paranormalne. Doświadczyłem czegoś na kształt telepatii, tzn. obudziła się we mnie ogromna wrażliwość na ludzkie intencje i zamiary. Stając przed kimś na macie po prostu wiedziałem, co ten człowiek za chwilę zrobi. Ponadto zacząłem odczuwać kumulacje i przepływ tej energii, o której wcześniej pisałem. Jednocześnie objawiać się we mnie zaczęły różne choroby o nieznanym źródle. Upływ tej energii w trakcie ćwiczeń powodował moje całkowite wycieńczenie. W rezultacie, mając 2 m wzrostu, ważyłem po roku około 60 kilogramów. To niewiarygodne, ale w takim stanie dysponowałem ogromną siłą psychiczną. Ludzie bali się mnie i nikt nie mógł ze mną wytrzymać sam na sam w jednym pomieszczeniu. Czułem się bogiem, taka władza nad każdym człowiekiem! Wkrótce jednak okazało się, że to nie ja decyduję o sobie. Będąc kiedyś sam w domu, znalazłem stary różaniec i wziąłem go do ręki, bo leżał gdzieś w kącie. W tym momencie usłyszałem potok obscenicznych bluźnierstw. To, co przedtem było efektem medytacji, co uznawałem za stan przejścia w wyższy obszar duchowy, teraz uruchomiło się bez mojego wpływu. Doznałem potwornego uczucia paniki i wybiegłem z domu. Od tej pory stale towarzyszyła mi obecność kogoś złego. Zacząłem czuć potworny, irracjonalny strach. Bałem się cały czas, choć nie było wcale żadnego zdarzenia, które by mogło wywołać ten strach. Tak jakby lęk stał się częścią mojej natury czy cechą charakteru. Jednocześnie stale przeżywałem halucynacje słuchowe. Słyszałem ciągle wulgarne bluźnierstwa, jakby wielu głosów, zwłaszcza pod adresem Matki Bożej. Stale prześladowały mnie obsesyjne myśli samobójcze. W moim domu było duże lustro na środku mieszkania, zacząłem nagle bez przyczyny bać się go, mając pewność, że zobaczę w nim coś potwornego.
Te doświadczenia nie zmieniły mojego życia, nie zrezygnowałem z aikido. Dalej byłem instruktorem. Po roku takiego życia, jako człowiek praktycznie nie wierzący, zacząłem pomału domyślać się, że moje cierpienia wynikają z jakichś okultystycznych praktyk, zakamuflowanych w sztukach walki i działania demonów. Następnego roku stało się tak, że przyjechał z Anglii pewien mistrz. Postanowiłem, że będę przez te kilka dni uczestniczył w treningach z nim, po czym zrezygnuję. Moje zniewolenie osiągnęło bowiem etap, na którym zacząłem mieć koszmarne halucynacje wzrokowe. Dopiero to właśnie ostatecznie mnie złamało. Kiedy skończył się ostatni trening, w sobotę, wróciłem do domu i poszedłem spać ze świadomością, że to był mój ostatni trening w życiu. W nocy dostałem czegoś podobnego do ataku malarii. Poczułem tak silny ból w całym ciele, że zacząłem skamleć do Jezusa o ratunek. Ten stan wytonował się nad ranem.
Pamiętałem, że kiedy cztery lata wcześniej zmarł mój dziadek, poszedłem do spowiedzi i pamiętałem ogromne ukojenie, które wówczas przeżyłem. Pojawiła się we mnie desperacka myśl, że to mnie teraz uratuje. Wieczorem była Msza dla studentów i poszedłem wcześniej, wiedząc, że przed Mszą ktoś zawsze siedzi w konfesjonale. Wszedłszy do kościoła, zobaczyłem księdza, który uczył religii w moim liceum. Nienawidziłem tego człowieka. Od dawna mnie namawiał, żebym zrezygnował z aikido, co wzbudziło we mnie dużą niechęć do niego i agresję. Byłem jednak w takim stanie, że było mi już wszystko jedno. Wyspowiadałem się, ale efekt nie był taki, jakiego oczekiwałem. W trakcie wysłuchiwania pouczenia zacząłem odczuwać tak silne cierpienie jak poprzedniej nocy. W myślach wyłem, żeby to się wreszcie skończyło. Po spowiedzi ten stan sprawił, że uciekłem z kościoła i pobiegłem do mojego mistrza. Powiedziałem mu, że rezygnuję, bo nie mogę dać sobie rady ze sobą. Nie wyjaśniłem mu, z jakiego powodu. Ten człowiek był moim dobrym kolegą, nie miał świadomości, że z aikido wiąże się cokolwiek złego. Uszanował moją decyzję. Sam zresztą widział, że od dawna jest coś ze mną nie tak. Wracałem całkowicie zmiażdżony. Jakaś myśl kazała mi wrócić pod kościół. W nocy uklęknąłem i pomyślałem, a raczej samo mi się jakoś pomyślało: „Weź moje życie, sam nie dam rady. Rób ze mną, co chcesz”. Z tą myślą wróciłem do domu.
Od tej pory zaczął się prawdziwy czyściec. Ledwo zaliczyłem rok na uczelni. Straciłem wszystkich przyjaciół. Okazało się, że na moim roku znam tylko jedną osobę. Odeszła ode mnie dziewczyna. W sumie lepiej, bo tylko ją krzywdziłem. Niech mi Bóg wybaczy. Wkrótce przeżyłem jeszcze inne cierpienie ciągnące się za mną do dziś. Związałem się z inną kobietą, która mnie nie kochała i po dwóch miesiącach porzuciła.
Zacząłem chodzić na spotkania modlitewne Odnowy w Duchu Świętym, do
czego namówiła mnie siostra i wspomniany wyżej ksiądz. Za radą księdza-egzorcysty odbyłem spowiedź generalną, co dało ten skutek, że wszystkie manifestacje zła, które przeżywałem, straciły na sile.
Wkrótce wziąłem udział w rekolekcjach, gdzie na końcu modlono się o to, by Duch Święty dotknął uczestników. W trakcie tej modlitwy czułem się źle. Chciało mi się wymiotować i najchętniej bym wyszedł. Wracałem do domu całkowicie rozczarowany. Miałem wielkie pretensje do Boga, że w niczym mi nie pomógł.
Na drugi dzień mieliśmy się spotkać raz jeszcze i pożegnać. Z mojego domu szło się około pół godziny do kościoła, w którym były rekolekcje, cały czas przez park. Postanowiłem zatem przejść się pieszo, bo była bardzo ładna pogoda. Szedłem bezmyślnie pogrążony w rozpatrywaniu własnego poczucia zawodu. W połowie drogi nagle zdałem sobie sprawę, że ja nic nie słyszę. Pierwszy raz od dwóch lat nie miałem żadnych halucynacji, tak słuchowych jak i wizualnych. Dotarło do mnie, że to była pierwsza noc od dwóch lat, którą normalnie przespałem. Czy ktoś może zrozumieć, co ja wtedy przeżyłem?
Ale, paradoksalnie, wcale nie było potem łatwiej. To był najtrudniejszy dla mnie czas, trudniejszy niż jakikolwiek inny. Nigdy nie było mi tak ciężko. Zapewne powodem była ruina emocjonalna czy też psychiczna po tych wydarzeniach. Pamiętam, że wszystko mnie wtedy raniło, nawet najmniejsze niepowodzenie czy też zachowania innych, które dziś po prostu ignoruję.
Miesiąc później pojechaliśmy całą wspólnotą na czuwanie Odnowy do Częstochowy. Prowadził je o. Verlinde. W pewnej chwili powiedział, że w drodze do domu anioł stróż każdemu powie, komu ma opowiedzieć o Jezusie. Po wszystkim wsiedliśmy do autokaru, a ja usłyszałem gdzieś w środku nazwisko mojego wykładowcy. To znaczy pojawiła się nagle jakaś ogromna pewność, że to ta właśnie osoba. Zdjął mnie lodowaty strach. Ten człowiek był dla mnie instytucją na uczelni, a nie osobą. Jak ja miałem w ogóle zacząć tę rozmowę? Zajęcia z nim miałem za dwa dni. Robiłem wszystko, żeby go tego dnia nie spotkać, ale obraz tego człowieka po prostu mnie wszędzie prześladował. W końcu poszedłem do jego gabinetu i poprosiłem o dziesięć minut rozmowy. Powiedziałem, że chciałbym mu o czymś opowiedzieć, ale na początek chciałbym, żeby miał świadomość, że czuję strach przed tą rozmową i najchętniej bym w ogóle jej nie zaczynał. Opowiedziałem mu wszystko to, co opisałem powyżej. On słuchał w milczeniu. Potem podszedł i uściskał mnie. Usłyszałem, że to było dla tego człowieka bardzo wzruszające, bo nikt z nim nie rozmawiał przez całe życie o wierze w tak intymny sposób. Okazało się więc, że to Bóg zadziałał.
Jestem pewien, że jest we mnie bardzo dużo okaleczeń wewnętrznych, stale tego doświadczam. Żyję wciąż ze świadomością ciężaru moich doznań. Czasem czuję się tak bardzo stary i zniszczony. Nigdy nie skorzystałem z pomocy psychologa, choć wiele osób, w tym spowiednicy, mi to radziło. Czasem rodzi się we mnie pokusa, aby te doświadczenia przekreślić, przekreślić wynikającą z nich pewność istnienia szatana i Boga, tak realną jak istnienie każdego z nas. Pewność każdej sekundy, że Bóg po prostu jest obecny w rzeczywistości. Pojawia się we mnie tęsknota, żeby żyć jak miliony innych, normalnych ludzi. Ale tak nie będzie, bo ta pewność jest we mnie jak rozogniona rana. Tak bolesna zwłaszcza w tym, co trudne, a zarazem tak słodka i kojąca. Ktoś, kto doświadczył miłości Boga po prostu nie może zignorować cierpienia drugiego człowieka. Wspomnienie ogromu miłości Jezusa sprawia, że cierpienie drugich staje się ciężarem nie do uniesienia. Jednocześnie człowiek dotyka tego, jak bezgranicznie kochać można, a jak kochać nigdy nie będzie w stanie. "



Ciężko mi to komentować bo musiałbym poświecić drugie tyle miejsca na moje przemyślenia. Tak szybciutko ...
W nawiązaniu do początku artykułu, napiszę o mojej przygodzie z aikido.
Po 2 latach trenowania mojego aikido zostałem instruktorem, choć rzadko się to zdarza :-)
Trenowałem w pewnym momencie 6 dni w tygodniu.
Po 2 latach 1dan a po kolejnych 3 latach 2dan. ( normalnie jak w tym artykule) i moja pierwsza szkoła aikido po 5 latach trenowania. Powiem, że jak czytam to dzisiaj to się boję bo początek jakbym czytał o sobie.
No ale do rzeczy ...
Po przeczytaniu artykułu zarówno wtedy, jak i obecnie uśmiałem się do łez. Kto wymyśla takie bzdury? Gdyby artykuł był krótszy nadawałby się do Superaka albo do Faktu. Jeśli to nie jest fikcja to koleś miał zdrowo nasrane w głowie ale w końcu to tylko czasopismo katolickie i tyle jestem w stanie powiedzieć na ten temat.
Tymczasem na jutrzejszym treningu wszyscy pokłonimy się 4 razy i bynajmniej nie chodzi o ukłon do bogów, tylko o szanowanie japońskiej kultury z której wywodzi się aikido.
Pisząc teraz ten artykuł przypomniało mi się, że pewna moja znajoma, którą zaprosiłem kiedyś na jednen trening aikido nie kłaniała się na początku ani na końcu treningu. Sama mi powiedziała, że jest katoliczką i nie będzie się kłaniała do żadnych proporczyków (chodziło tu a japoński napis aikido).
Bez komentarza!

środa, 30 czerwca 2010

"Jarek , Jarek przyjaciół ma wielu (...)" w Sosnowcu i Włoszczowej mój przyjacielu :-)

W minioną sobotę zatrzymywałem kolejne piękne chwile podczas ceremonii ślubnej. Tym razem Sosnowiec - Zagórze.
Tu wznosi się właśnie świątynia, którą pragnę przedstawić na poniższej fotografii ...


Wchodzę do środka i ...





No to kur ... jakiś skandal jest.
Albo jakiś uczynny parafianin (z podstawowym wykształceniem) podrzucił swojego idola do świątyni, albo kler z tego kościoła czerpie tantiemy ukazując zmartwychwstałego Lecha K.


A nie to jednak ulotka Jarka - kandydata na stołek RP.
IV RP!

No więc o co chodzi?


Ale to nic.
2 tygodnie temu byłem na małym wypadzie na działce.
Udałem się z żoną do pobliskiego miasteczka na spacer.
Mowa tu o mieście Włoszczowa (woj. świętokrzyskie).
Sobota ... panuje od kilku godzin cisza wyborcza (przed pierwszą turą) ...
A na ryneczku, w 90% witryn sklepowych uśmiechnięta morda Jarka K.

Musielibyście widzieć jak to wyglądało. Wrażenie było takie, jakby zrobili z tej ulotki czy plakatu mały ołtarzyk.


R E W E L A C J A !
Gdzie ja do cholery jeżdżę na spacery? haha



Z góry przepraszam wszystkich za to, że obraziłem niektórym kandydata Jarka, kogoś innego ubodłem w jego wiarę chrześcijańską, a jeszcze innego tylko dlatego, że mieszka we Włoszczowej.
Ale spokojnie następnym razem mogę poobrażać ludzi, którzy palą papierosy haha


Ale to mój blog i mogę sobie wszystko pisać :P

Miłego dnia czy też wieczoru.


środa, 3 lutego 2010

Fatum :-)

Byłem umówiony na dzisiaj z modelką na akty w zimowym plenerze.
W głowie urodziły mi się dwa pomysły:
Zdjęcia na łyżwach na zamarzniętym jeziorze i ujęcia w futrze na żelaznym moście kolejowym.
Wczorajszy ranek przyniósł ze sobą słońce.
Idąc tym tropem pomyślałem, że dzisiejszy też przyniesie ...
Niestety, nie przyniósł.
Przyniósł za to dzisiejsze fatum.
Rano byłem umówiony na 8:30.
Okazało się, że guziczek od alarmu w samochodzie zaciął się i nie byłem w stanie otworzyć samochodu.
Dioda ciągle się świeciła i zdawała się pomału wyładowywać baterię w pilocie.
Więc pobiegłem do mieszkania, rozkręciłem pilota nożem i udało się odblokować guzik.
Kilka minut w plecy, a potem kolejne kilka, bo zima kolejny raz w tym roku zaskoczyła kierowców.
haha



Dotarłem na miejsce, odebrałem Sylwię i pojechaliśmy w mój plener, który miałem już przygotowany w głowie od dłuższego czasu.
Około 40km od punktu "zero".
Dotarliśmy na miejsce.
Niestety samochód nie dojeżdża w takie rejony, więc zostawiliśmy go w bezpiecznym miejscu i podążyliśmy w stronę zamarzniętego jeziora.
Wyszedłszy na wzniesienie pagórka, naszym oczom ukazało się jeziorko ...
w najlepsze ... wśród białej szaty górek i pagórków falowało na wietrze.
Było nieskazitelnie czyste, mieniące się i zapewne zimne i mokre, ale za cholerę nie zamarznięte.
No tak ... dziewczyna była już gotowa się rozbierać do ujęć, a tu nic z tego :-)
Łyżwy na nic by się zdały.
Zaproponowałem, że pojedziemy na Pogorię IV i tam pośmiga na łyżwach.
Co prawda ten drugi plener był oddalony o dobrych kilkadziesiąt kilometrów, ale trzeba było ratować sytuację.
Po drodze trafiliśmy na wielki żelazny most kolejowy.
Nadmienię tylko, że wdrapanie się na nasyp kolejowy graniczyło z cudem, ale nikt nie mówił, że będzie łatwo, tak?
Gdy tylko moja modelka się przebrała ... a raczej rozebrała i ustawiła się w wyznaczonym miejscu na moście, nadjechał pociąg.
Co on tam robił w tym miejscu?
Ten pociąg.
Na torach kolejowych?
O tej porze roku?
hallo!
Potem udało się wykonać kilkadziesiąt ujęć.
Choć aparat się czasem przycinał z zimna, zapewniam Was, że zdjęcia wyszły rewelacyjnie.
(Jak tylko się trochę odrobię to oczywiście nie omieszkam wrzucić na blog.)
Dodatkowo dodam, że bieganie po moście nago o tej porze roku, zalicza się raczej do sportów ekstremalnych.
Ale Sylwia dała radę :-)
Wielki szacunek za poświęcenie.
Nie było czasu na wkładanie ubrań, więc w samym kożuchu i butach Sylwia walczyła z nasypem kolejowym - tym razem w drugą stronę :-)
W samochodzie ogrzewanie na full i kolory na skórze zaczęły wracać do ludzkich.
W międzyczasie wykonałem telefon do mojego znajomego - który łowi sobie ryby przez cały rok - aby nie popełnić kolejny raz tego samego błędu z "płynącym" jeziorem.
Jerzyk potwierdził, że wszystkie Pogorie ( a jest ich kilka) są zamarznięte w cholerę.
No to super.
Nareszcie uda nam się zrobić fotki na łyżwach.
Kilkanaście minut później w nasze dotychczasowe, spokojne życie wtargnęło fatum kolejny raz.
Po pierwsze, gdy wjechałem samochodem na Pogorię (co czyniłem już niejednokrotnie) zakopałem się w śniegu i piachu.
Pomimo moich umiejętności wydobywania się z zasp śnieżnych, nic nie pomogło.
Żeby sprawa była jasna do jeziora zostało nam około 300m.
Zadzwoniłem po pomoc w postaci Manfreda wraz z jego samochodem i dodatkowo: łopatą do odgarnięcia śniegu spod kół i linką do holowania.
Ten poinformował mnie, że najwcześniej dojedzie za godzinę.
No cóż lepiej za godzinę, niż wcale
haha


Zakopany Ford. Ale reklamna na aucie musi być.





My w tym czasie postanowiliśmy dojść do jeziora i porobić zdjęcia numer jeden dzisiejszego dnia.
To 300m do jeziora było dość ciężką drogą, tym bardziej w łyżwach w samym futrze i z miotłą do odgarnięcia lodu spod śniegu.
A na tak otwartej przestrzeni nieźle wieje.
Musiałem zatrzymać tę chwilę, bo Sylwia wyglądała przezabawnie.
Oczywiście biorąc pod uwagę fakt, że wcale wesoło nie było.
Ale pośmialiśmy się trochę i szukaliśmy widocznej granicy pomiędzy brzegiem a wodą, a raczej lodem. A może raczej wodą?
No wiecie, linią brzegową jeziora.




Doszliśmy, znalazła się :-)
Okazało się, że i owszem jezioro jest zamarznięte i to może nawet na kilka metrów w głąb, ale pod powłoką śniegu znajdowała się 5 cm warstwa roztapiającego się lodu, co w rezultacie dawało się odczuć jako niezłą ciapletę *, po której w żaden sposób nie dało się poruszać na łyżwach.
Mało tego, 5cm ciaplety wystarczy, aby przemokły buty i skarpetki.
(To już kolejny raz podczas sesji. Kupię sobie relaxy, słowo daję.)

(*CIAPLETA - błoto powstałe w wyniku pomieszania roztapiającego się lodu i śniegu - nic fajnego)





Tym razem moja modelka musiała poudawać trochę, jakie to świetne warunki panują na tym lodowisku. Na tych zdjęciach futro już nie było potrzebne, tylko czapka, łyżwy i rękawiczki.
Otwarty plener na jeziorze, a do tego lutowa temperatura ...
nie muszę opisywać, jakie przeżycia towarzyszyły mojej łyżwiarce.
Zdjęcia wyszły ślicznie :-)
Po powrocie do auta zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie :-)
Ja w roli ratującego auto z zasp, a Sylwia w dalszym ciągu jako modelka.







W samochodzie ogrzewanie na full i znowu powrót do żywych.

Manfred jeszcze się nawet nie wybierał w naszą stronę, co stawiało nas w kłopotliwej sytuacji.

I tak siedząc , opowiadaliśmy sobie o życiu :-)

Nagle we wstecznym lusterku ukazał się jakiś samochód, jak się domyślam pragnący popełnić ten sam błąd co ja, tzn. dojechać do jeziora. Niestety nie mógł się dalej przemieścić, bo stałem na jego drodze.

Pan musiał wycofać, choć ta sztuczka nie przyszła tak łatwo jak myślał. Też się zakopał, no więc ja popchnąłem jego, a potem ja i on popchnęliśmy Sylwię. tzn. auto, w którym siedziała Sylwia :-) Udało się!

Dotarliśmy do domu.

Taki to dzisiaj był dzień ... pełen niespodzianek.








Podsumowując:
Jestem bardzo zadowolony z dzisiejszej sesji.
Sylwia spisała się na medal.
Wielki szacun dla niej za odwagę wobec zimna panującego o tej porze roku.
Gorące podziękowania dla pana, który popychał.
Efekty naszej pracy do wglądu na blogu za kilka dni.

piątek, 8 stycznia 2010

Nie zrobił treningów aikido, a mógł!

Potraktujcie dzisiejszy post, jak gorący news z „Superaka” czy gazety na „F”.

Pewien mój znajomy o imieniu Patryk (co za zbieżność imion, prawda?), prowadzi zajęcia z japońskiej sztuki walki aikido. (co za zbieg okoliczności, nieprawdaż ?)
Już 5 rok wynajmuje salę gimnastyczną w tej samej szkole. To Gimnazjum jest chyba.
(co za zbieg okoliczności prawda?)
Jest dobrym człowiekiem, opłaca czynsz w terminie, prowadzi działalność gospodarczą i odprowadza podatki.

Wyobraźcie sobie taka sytuację ...
Treningi są prowadzone 3 razy w tygodniu : wtorki, czwartki i piątki.
Z racji tego, że ów znajomy cieszy się nienagannym zdrowiem nigdy nie choruje i tym samym nie opuszcza swoich uczniów. Regularnie uczęszcza na zajęcia, jak przystało na instruktora.

Miesiąc grudzień, to czasz świąteczny. Wielkie szaleństwo przy sprzątaniu w domach, ogromne kolejki w supermarketach, wiele gonitwy ale i czasu wolnego, który można spędzić z rodziną i znajomymi.

Ostatni trening w zeszłym roku mój znajomy przeprowadził dnia 22 grudnia (wtorek), bo później – wiadomo – przerwa świąteczno - noworoczna.
Tak się dobrze złożyło, że w ten ostatni dzień przed świętami odbyły się egzaminy dla dzieci i dla dorosłych. Było trochę stresu, ale wszyscy pozytywnie zaliczyli i podnieśli tym samym swoje umiejętności na polu aikido o szczebel do góry.

W przerwie między świętami a Sylwestrem (29 grudnia, wtorek) powinien być dzień wolny od treningów, ale Patryk zna swoich uczniów i wie, jak kochają aikido. Więc zadecydował, że trening będzie, ale jeden wspólny dla dwóch grup- początkującej i zaawansowanej. Trening poprowadzili jego najstarsi stopniem uczniowie, gdyż sam nauczyciel oddawał się przerwie świąteczno – noworocznej. Wszystko wyszło zgodnie z planem. Nadmiar kalorii po świątecznym obżarstwie został wypocony i zrobiło się miejsce na nowe posiłki czy napoje sylwestrowe J

Po tej przerwie, nowy rok rozpoczął się w tej szkole treningiem 5 stycznia. I tak rozpoczął się nowy sezon Sekcji Aikido w owym mieście. (Nazwy nie wymienię)

Przechodząc do sedna sprawy.
Dzisiaj mój znajomy wykonał telefon do szkoły, żeby pani zajmująca się wystawianiem rachunków nie zapomniała odliczyć na styczniowej fakturze zajęć w dniach:
Wigilia, Pierwszy dzień Świąt, Sylwester i Nowy rok.

Oj, niestety już pani fakturę wystawiła. Ojej, co za brak zgrania się w czasie. No, ale w takim razie będzie można odliczyć to w przyszłym miesiącu. Zapytała Pani jeszcze dla pewności o jakie dni chodzi? Więc Patryk wytłumaczył Pani. Kazała poczekać i poszła skonsultować tą zawiłą informację z najważniejszą osobą w placówce szkolnej.
Po około 4 minutach wsysania wolnych minut abonamentowych (w sumie to nie o mnie chodzi, tylko o tego znajomego, no ale zawsze to czyjeś minuty z abonamentu tak?) w słuchawce Pani oznajmiła:

Że ona odliczy w lutym te dwa spotkania. (Kolega się zdziwił, dlaczego dwa, a nie cztery. Nigdy nie był umysłem ścisłym, raczej humanistą, ale dni potrafi liczyć.)
Pani zapytana, dlaczego tylko odliczy 2 dni, a nie 4 odpowiedziała:

- Według ustawy Wigilia i Sylwester to są dni robocze, więc zajęcia mogły się odbywać zgodnie z planem.

Wiecie co? Że też kurwa ani ja, ani mój kolega Patryk (co za zbieg okoliczności prawda?) nie pomyśleliśmy, że w Wigilię wieczorem i Sylwestra wieczorem mogą być prowadzone zajęcia aikido.

Spytałem Panią ... tzn. nie ja tylko ten znajomy tak? On spytał panią, a w zasadzie powiedział, że w Wigilię wieczorem i Sylwestra to chyba raczej nikt nie będzie trenował bez względu na to, czy ten dzień jest wolny od pracy czy jest to normalny dzień pracy.

Pani bez zawahania odpowiedziała:

- ja tam nie wiem, jakie Wy macie układy między sobą, jakie Pan ma umowy z ludźmi, którzy trenują. Sala była do Pana dyspozycji, a Pana nie było.

I tyle.

Można by okrzyczeć tego sensei Patryka tymi słowami:

„Nie zrobił treningów aikido, a mógł!”


Ponieważ to nie była pierwsza taka rozmowa zarówno z tą uprzejmą Panią, nie wspominając już o wszechmogącej Pani, która kieruje tą placówką, Patryk przełknął ślinę, podziękował i rozłączył się.
Powiedział mi na koniec naszej dzisiejszej rozmowy, – a jest śmiertelnie poważnym człowiekiem, jeśli trzeba – że gdybyśmy żyli w czasach dawnej Japonii (to taki jego mały świat, podyktowany tą japońską sztuką walki) to poszedłby tam i zimną klingą wyznaczył miejsce pracy tych dwóch uroczych dzierlatek.


To mój znajomy Patryk (Co podobny? Nie. Zbieg okoliczności.)


Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest niezamierzone i przypadkowe. (co za szkoda prawda?)

sobota, 2 stycznia 2010

U sołtysa - Sylwester 2009

Wieś Mysyłowicki Małe.
W tym roku Sołtys Maniek był tak dalece życzliwy, że udostępnił nam swój dom na potańcówkę sylwestrową. Dodatkowo mogliśmy zaparkować nasze furmanki w największej stodole Sołtysa na wsi.
a tak to się zaczęło ...
Pod nieobecność Sołtysa to Alf Alfonso Agapit zajął miejsce gospodarza, choć sam pochodzi z Będzinia, dostąpił go ten zaszczyt.





Alf nigdy nie wozi ze sobą "drzewa" do lasu, bo zawsze na imprezie znajdzie się nowy narybek.
I tym razem się nie pomylił :-)





Tegoroczny sylwester miał być zorganizowany w remizie strażackiej, lecz miejscowe moczymordy podpaliły ją ubiegłej nocy. Remizy nie uratowano :-(
Dlatego urządzamy dansing właśnie tu. Zebrała się cała śmietanka z okolicznych wiosek.
Jak to się mówi we Warszawie , że wipy przyszły nie? no.
Pod koniec przedstawię wszystkich w galerii.



Kilka wspólnych portretów.














To jedyna dżaga, która znała się na fachu - ale nie należała do mnie.
Ja swoim lachonom dałem wychodne na sylwestra, zostały się bawić w Będziniu.





















Przed samą północą dotarł do nas Wielebny ze wsi Sosnowieś, nie mógł uczestniczyć z nami przez całą imprezę, bo musiał wyspowiadać wszystkie niewiasty we wsi i trochę zaszło. Musiałem dzwonić na jego pagera, bo inaczej zasiedziałby się w pracy, a przecież Sylwester jest dla wszystkich.




Odprawiliśmy razem egzorcyzmy i nim się spostrzegliśmy zrobiła się prawie północ.




Podążyliśmy na dach, aby podziwiać dziwne wydarzenia, które od ostatniego roku miewają miejsce na naszym niebie. Może nie uwierzycie, ale skaczą światła tu i tam, jakby rozwolnienia dostały. Co to za dziwy?




Na dachu ...
10 ... 9 ... 8 ... 7 ... 6 ... 5 ... 4 ... 3 ...
2 ... 1 ...




0!
Szczęśliwego Nowego Roku!!!!






















Szeregowy podziwia niebo nad wsią Mysyłowicki Małe.





















Tak powitaliśmy Nowy Rok :-)
A oto galeria przybyłych gości, która będzie wywieszona u Sołtysa na oborze.
Klaun - Anusia Marusia


Policjantka - Jochasia Laseczka

Rokokowa Kokieta - Swoboda Elektroda





Komendantka OSP Andrychów - Kunegunda Aśków






Kelnereczka - Jaśka Martuśka



Starszy sikawkowy - Józek Andrzejewicz



Psychiatra, ginekolog - Tomisław Ciepłypaluch





Szeregowy - Stefan Sebastianowicz





Wielebny - O. Dołgopoły





Alf. - Alfonso Agapit Patrykowicz




wtorek, 1 grudnia 2009

Super bohaterowie

Tak to już ze mną bywa, że na moich urodzinach zawsze muszę coś ciekawego wymyślić. Z reguły odbywało się to tak, że to ja sam się ubierałem w dziwny sposób na własną imprezę, a znajomi życzyli mi, abym w końcu zmądrzał.
Więc w tym roku postanowiłem, że wszyscy mają się przebrać :-)
Tematyka generalnie była "SUPER BOHATER", no ale potem stwierdziłem, że daję wszystkim wolną rękę, byle było wystarczająco głupio haha


A radości dzieci nie było końca ...




whazzzzaaaaaaa !!!!

Perman - pierwsza odsłona


Zrobiliśmy sobie zdjęcia ze wszystkimi gośćmi. Niestety na tle drzwi i mieszkania, ale nie o to chodzi w tych zdjęciach.


Jak zobaczyłem Super Mrówkę "Z" to mnie wyrwało z kapci

haha ha



Johny Rambo też stanął na wysokości zadania



- Tato! Tato! Patrz - PERMAN!
- Synu, to nie Perman tylko Superman.
- A taki do Permana podobny
:-)

To mam jeszcze jeden kawał sytuacyjny.
Przychodzi czarnoskóry chłopczyk do swoich białych rodziców i pyta:
- Mamo, Tato, a dlaczego ja jestem czarny?
- Ciesz się, że nie szczekasz - taka impreza była.

Turbodymomen wygląda jak super bohater.
Ja zawstydziłem turbodymomena - jestem super bohaterem.
Jestem Permanem!